4:13 Kraków, Ruczaj: W żółtym, migoczącym świetle reklamy Lidla pojawia się sylwetka Cześka.

– Jakim durniem trzeba być, żeby w sobotę, o 4 rano, przy mrozie minus piętnaście jechać w jakieś pieprzone góry?!?

Milcząco, z zaciętym wyrazem na twarzy, pozostała załoga, czyli Anitex, Świr i ja potakujemy głowami.

6:02, gdzieś za Bukowiną. Mijamy ostatnie rondo, od jakiegoś czasu pada śnieg, droga robi się przyjemnie biała. Termometr w samochodzie pokazuje cały czas -15, musiał się zaciąć. Myślę sobie, że przy takim warunku (prognoza mówiła o -8, małym zachmurzeniu i braku opadów) to dojdziemy do Roztoki, max do Moka. W pewnym momencie śniegu na drodze robi się tyle, że zaczynam lekko szurać płytą. Dojedziemy? Aha, Czesiek cały czas gada.

6:34, Palenica. Parkingowy chyba nawet nie spał, bo wyszedł z budy już po 5 minutach. Jesteśmy pierwszym samochodem z „jednodniowych”, co tylko przypomina mi pierwsze zdanie wypowiedziane przez Cześka na powitanie. -15, ja jerdolę, jak zimno. Ubieram na siebie prawie wszystko co mam, chociaż wiem, że po 15 minutach marszu, będę płynął i płonął. Czesiek jeszcze nie skończył ciągu skojarzeń rozpoczętego na Ruczaju.

Trzynaście minut później. Płynę i płonę, ale ściągam tylko ciepłą czapkę, zostawiając buffa. Śnieg skrzypi, zaczyna się przejaśniać, Czesiek zachwyca się choinkami.

Dawno w Moku nie byłem, ale wydawało mi się, że Mięgusze to bardziej poszarpane
Dawno w Moku nie byłem, ale wydawało mi się, że Mięgusze to bardziej poszarpane

Okolice 8:00. Wchodzimy do pustego Moka. Jakieś 10 stopni na plusie panujące w jadalni, wydaje się przez moment Afryką. W geście szaleństwa rozbieramy się do pierwszej warstwy. Okazuje się, że mój polar jest z pół kilo cięższy od potu, a soft od środka złapał fajną warstwę szronu. Przez godzinę jemy, suszymy, okupujemy ciepły nawiew przy drzwiach wejściowych. Czesiek wysyła maila przez lokalną, czerwoną skrzynkę pocztową, zadaje też różne pytania. Poza tym okazuje się, że jest dostępne WiFi – więc FB online.

9:14, w dalszym ciągu Moko. Najgorzej jest się ruszyć, ale trzeba. W lekko podsuszonych betach wychodzimy. Kuźwa, dalej -15? Zimno. Na szczęście w stronę Dolinki za Mnichem, przedeptane, chociaż dla takiego zajebistego skiturowca jakim jestem, równie dobrze mogło by nie być. Foczy się ciulowo. Czesiek obserwując ludzi na stawie, zarzeka się, że ona nigdy by tak nie weszła.

Podejście tuptusiów trochę innym torem. Czesiek gada.
Podejście tuptusiów trochę innym torem. Czesiek gada.

Jeżeli w lesie było ciulowo, to pod progiem Dolinki za Mnichem jest masakra. Tuptusie zostawiają mnie daleko w tyle drąc na przełaj, a ja jakimiś kilometrowymi zakosami targam w luźnym, puszystym białym syfie. Dwa kroki do góry, jeden zsuw w dół. Ale jakoś mozolnie nasze drogi znowu łączą się na progu Dolinki za Mnichem.

Wtem! Grzmot! Burza to nie, samolot raczej też nie. Pieprzło spod Buli pod Rysami (tak bliżej Niżnich Rysów). Duża pyłówka spadła do Czarnego Stawu. W tym momencie zmieniło się życie Cześka. Co 4 kroki, Czesiek spoglądał za siebie (nawet idąc do góry) czy lawina ją nie śledzi.

Ze Słowacji Coś się próbowało przedostać
Ze Słowacji Coś się próbowało przedostać

Dalej to już było zakładanie własnego śladu. Drogi nie znaliśmy, ale wiedzieliśmy, że grań Miedzianego w stronę Szpiglasowej Przełęczy jest w miarę łatwa (~I) więc terenem w miarę bezpiecznym (z wyjątkiem trawersu, szumnie nazwanego przez dziewczęta Polami Śmierci, co nie przeszkodziło im w połowie owych pól zacząć robić zdjęcia) zdobywaliśmy wysokość. Sztachety, w momencie jak zaczęło się stromo, wylądowały na plecaku. Żeby było lżej i lepiej, karwa. Przy życiu trzyma mnie Czesiek, obracający się co chwilę do mnie i mamroczący pod nosem:

– Jebane lawiny.

Kilkadziesiąt Wtem! później Świr ogłosił.

– Houston, mamy grań, ale jest chu… nie za fajnie.

Nerwy na grani
Nerwy na grani

Myślę se, jak na grani może być chujowo. Dochodzę, i faktycznie. Czesiek rozgląda się nerwowo w każdą stronę – na grani nie wiadomo z której strony lawina może uderzyć.
Anitex, który z natury uwielbia granie, siedzi przytulona do jakiegoś kamerdulca i w oczach widzę jeden przekaz

Schodźmy stąd czym prędzej, po śladach

Co więcej Świr pod mentalnym naciskiem, również zaczyna nadawać w podobnym tonie.

A grań jak to grań, trochę lufiasta, mikstowa. Już byłem gotów ugiąć się pod presją zespołu i dokończyć wycieczkę „powrotem po śladach”, gdy ….

Wtem! zza pierwszej turni wychyla się chłop w ośnieżonej czapie, czekan wesoło dynda przy pasie. Po szybkiej wymianie spojrzeń (czy to ludzie, a nie jacy zbójcy), podchodzi i wita się, więc kulturalnie walę z mostu:

– Cześć, jak wygląda grań do Przełęczy?
– Przetorowałem aż od samego schroniska.

Duma w słowach drgała tak wielka, że aż na moment pojawiło się Widmo Brockenu. Tylko, że kurwa w dalszym ciągu nie wiedziałem jak wygląda grań do Przełęczy. No to jeszcze raz:

– A jak grań?
– Torowałem, pod Przełęczą najgorzej, po ramiona w śniegu.

No zajebiście, jesteśmy coraz bliżej.

– A dalej?
– Na Przełęczy czeka na mnie kumpel, a za nim szło jeszcze dwóch.

I zamyślone spojrzenie w dal. Kurwa. Do czterech razy sztuka.

– Łatwo było przejść z Przełęczy?
– Co? A, grań, spoko, obejściem niżej. Muszę lecieć, cześć.
– Cześć.

I poszedł… A u nas wreszcie – jest informacja, jest ślad. Zakładam plecak ze sztachetami i z lekkością dryfującego stutysięcznika pokonuję (jak się okaże najtrudniejszy) moment. Mniej więcej wyglądało to tak: ręka do krawądki, noga na tarcie, podhaczenie pięty (w plastikowych skorupach to nowe doznenia), zadanie z oblaka, przeniesienie ciężaru ciała na drugą nogę i wuala. Drobnostka. W połowie manewru słyszę za plecami Cześka, który chciał mi chyba pomóc:

– Ojciec, boisz się?

Czesiek pokonał ów moment jak to Czesiek – technicznie, ładnie, w zasadzie na samych nogach. Anitex, ze względu na lęki graniowe, z zamkniętymi oczami. Świr – też charakterystycznie dla niego – zabił wszystkich parametrem, robiąc po prostu krok.
Dalej trawersem metr pod granią i Przełęcz! Szczęście na twarzach! Robimy zdjęcia, które w zasadzie od razu zawisną na FB.

Bez komentarza
Bez komentarza

Czas na zejście do Pięciu Stawów. Z początku łańcuszkami (dwa były odsypane), dalej 20 metrów stromo, w głębokim śniegu w dół, do otwierającego się kociołka. Tam moim towarzyszom puściły już hamulce (tzw stoczenie się na pałę w ataku śmiechu w śniegu po pas), a ja przystąpiłem do 30 minutowej procedury przedstartowej.

30 minut później. Pierwszy od roku skręt na nartach jest raczej koślawy, ale kolejne już lepsze. Śnieg sprzyja, teren pozwala i wybacza błędy. Dla tych 30 skrętów tyra się cały dzień! Dojeżdżam do moich tuptusiów i razem dochodzimy do schronu. Tam w emocjach, dla przykładu Czesiek, zapomniwszy na chwilę o lawinach:

– Ojciec, ekstaza! To było moje najwspanialsze, najcudowniejsze zejście w życiu.
– Czesiek, nie pij więcej, nie będziesz miała zejścia.

Śmigło
Śmigło

Przed schronem obserwujemy lądujące śmigło, na szczęście dowożące tylko skuter i tobogan. Jemy, grzejemy się i prędko w dół. Tzn ja prędko (pod wyciągiem i walka o życie na wąskiej, wydeptanej ścieżce szlaku 5 Stawów-Wodogrzmoty), a tuptusie dochodzą ponad godzinę później, ale im wybaczam.

Wycieczka ze wszech miar udana – mimo zimna i słabego poranka – na pewno nie zapomniana.

Zdjęcia – jak zwykle na flickru: http://www.flickr.com/photos/airsiwy/sets/72157632618645487/detail/ Zapraszam! bo wyszło chyba nie najgorzej.

P.S. Trochę konfabulowałem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *