Wyjazd trochę na wariackich papierach. To znaczy wiedzieliśmy, że pojedziemy, tylko nie wiedzieliśmy kiedy. Celowaliśmy tak jak w zeszłym roku – w początek sierpnia, ale z kilku zupełnie niezależnych przyczyn spakowaliśmy się dopiero 11 sierpnia i jak zwykle przed północą obraliśmy kierunek – na Wrocław!

Rodzina słowem mocna
Rodzina słowem mocna

Podróż bezproblemowa, odcinek S3 przed Gorzowem jest już chyba cały otwarty, więc dość szybko, bo kilkanaście minut po szóstej dojechaliśmy do promu… gdzie czekaliśmy na swoją kolej bite 2 godziny.
Nastąpił teraz chyba najbardziej irytujący moment całego wyjazdu, czyli szukanie na zmęczeniu kwatery. Konsekwencją chaotycznego wyjazdu było to, ze nie mieliśmy nic zarezerwowane, a w dodatku to był najgorszy wakacyjny tydzień – z długim weekendem 15 sierpnia. Nasze standardowe lokum niestety okazało się zajęte, więc trzeba było chodzić od drzwi do drzwi i pytać. W końcu się udało – trochę drożej niż w zeszłym roku – za 150 zł za pokój – ale prawie w tym samym miejscu.
Koszykówka z elemntami futbolu amerykańskiego
Koszykówka z elemntami futbolu amerykańskiego

Generalnie pogoda dopisała – raz nas zlało, ale na plaży opalaliśmy się w każdy dzień. Przez połowę wyjazdu, byli z nami Artek z Ewą, więc Szymek był wniebowzięty. Ze względu na kondycję Aśki nie robiliśmy jakichś wyczerpujących spacerów, ale każdego dnia, oprócz plaży był deptak + lody. Jednego dnia był nawet park linowy (swoją droga całkiem niezły) który również odbył się wg zwykłego scenariusza czyli
1. „Proszę tato, ja chcę”
2. „Niiieeee, tato, zdejmij mnie stąd, boję się!”
3. Im dalej tym mniej płaczu i ryku, by na ostatnim odcinku „Proszę tato, ja chcę jeszcze raz”
Było też o tyle łatwiej, że Szymek poruszał się samodzielnie na rowerze, więc teraz raczej nie mogliśmy nadążyć za nim, niż tak jak w zeszłym roku czekaliśmy.
Raz było groźnie
Raz było groźnie

Jeszcze kilka słów o powrocie. Ze względu na to, że wracaliśmy w niedzielę na wieczór, w dodatku po 15 sierpnia, więc spodziewałem się po pierwsze dużego ruchu, a po drugie częstych kontroli policji. Stąd postanowiłem po raz pierwszy przetestować drogę przez Niemcy. 80 km dłuższą, ale bez czekania na prom, co przełożyło się na minimum godziną oszczędność czasową. Wyjechaliśmy po 16, najpierw około 80 km drogą jednopasmową przez wioski (takie wyglądające na mocno NRDowskie) by potem wpaść na legendarne autobahny (nach Berlin! :)).
BaseCamp przy niemieckiej granicy
BaseCamp przy niemieckiej granicy

I wszystko było pięknie i dobrze do granicy z Polską. Po przekroczeniu – koszmar – 70 km hitlerowskiej płytówki. Wytrzęsło nas strasznie, padła nawet jedna postojówka, z każdym km miałem wrażenie, że się coś urwie. Nie wiadomo co było lepsze – czy jechać szybko i uciekać z tego jak najszybciej czy jednak oszczędzać auto i tłuc się powoli przez półtorej godziny. W końcu się jednak płytówka skończyła i jeszcze z małą przygodą w Katowicach (nie trafiłem w zjazd na Shella w 3 stawach i pojeździliśmy chwilę po Kato) dotarliśmy do domu.
Auto spaliło standardowo – w okolicach 7 litrów, starałem się nie przekraczać przepisów, utrzymując prędkości przelotowe 130-140 km/h.
Za rok pewnie znowu pojedziemy, a tymczasem kilka zdjęć na flickru z tej wycieczki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *