Dawno nie byliśmy na nartach stokowych. Aśka ze 3 lata, ja 2. Ostatnio dowaliło sporo śniegu, a że Marian zgłosił się do pilnowania Szymona, wyrwaliśmy się do Kasiny. Byłem tam dawno dawno temu (jeszcze za czasów podwójnego orczyka), wspominam jakoś tak bez emocji – ani łatwo, ani trudno, więc na rozruszanie się to dobry cel, szczególnie, że 60 km od Krakowa, z czego 50 dwupasmówką. Faktycznie, mimo gorszych warunków na jezdni – byliśmy od wyjścia z domu w godzinę.

Trochę popadało, ludzi rozjeździli i się zrobiło trochę lepiej
Trochę popadało, ludzi rozjeździli i się zrobiło trochę lepiej

Na miejscu teoretycznie pięknie. Kupa śniegu, stok przygotowany, rano nie było tłumów, poczwórne, podgrzewane krzesło, jakiś tam mini poczęstunek w cenie karnetu. No właśnie, ale po drugim zjeździe zaczęło mi się nudzić 🙂 Stok jest średni, w miarę długi, ale dość jednostajny. Dopiero bliżej południa, kiedy pojawiło się więcej rozjeżdżonego śniegu, na moment zaczęło się coś dziać 😉
Kolorowo nie było :)
Kolorowo nie było 🙂

Pojeździliśmy do 13 i do domu, znowu w godzinę 🙂
Sprzętowo poczułem znowu co to znaczy betonowe buty – tym razem Tecnici spinałem trochę słabiej niż zwykle i o dziwo udało się przeżyć w nich 4 godziny. Fiszerki jak zwykle wycinały piękne eski, to chyba najbardziej pozytywny dla mnie element wyjazdu.
Aha, no i 156 w warunkach białej drogi – jak zwykle – z dużą satysfakcją dla kierowcy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *