Zima się kończy, chociaż w sobotę miała jeszcze zagrać (chyba) ostatni akord kilkudniowym Armagedonem (deszcz, śnieg, porywisty wiatr). Tymczasem w piątek miał być najcieplejszy dzień w roku, więc około 7:30 (sic!) wyjeżdżamy z Aśką i Szymkiem w kierunku Zuberca. Dzisiaj ja mam „wolne” (w przeciwieństwie do wycieczki z grudnia), ale postanawiamy, że BC założymy pod górną stacją kolejki.

Salatyny, z Centralnym Żlebem
Salatyny, z Centralnym Żlebem

Wyjazd krzesełkiem był dla Szymka emocjonujący, tak jak dla mnie zjazd z Szymkiem z „pierwszej ścianki”. Tam zostawiam Aśkę i juniora, a sam idę wyrównać rachunki 🙂 Parę lat temu przystawialiśmy się z Panem Kiełbasą do Salatyna, ale wtedy polegliśmy w nierównym boju z kosówką i brakiem śniegu.
Jest jakieś 15 stopni i już samo podejście do górnej stacji wyciągu wyciska ze mnie siódme poty. Idę w samym podkoszulku, dodatkowo nogawki w spodniach mam rozpięte prawie maksymalnie.
Pierwsza (i jedyna jak się później okaże) przepinka, jest tuż nad górną stacją krzesełka – wytopiony, około 20 metrowy pas kamieni. Dalej to już lawirowanie pomiędzy kosówkami i kamieniami, ale fokami po śniegu.
Pod żlebem, spotykam pierwszych ludzi, a w zasadzie trafiam na piknik. Ciągły ruch Centralny, Stromy, góra-dół, lewo-prawo, po przekątnych.
Tatry
Tatry

Tutaj odpoczynek, założenie nart na plecak (da się na fokach, ale łatwiej i szybciej na wprost) i jeszcze jakieś 40 minut podejścia stromym szerokim żlebem i oczekiwane wejście na ciepłą, wytopioną do trawy grań na Przełęczy między Salatynami. Tam zostawiam narty i szlakiem (po kamieniach i trawie) zdobywam, muszę przyznać łatwo i przyjemnie, Salatyna. Widok ładny, choć zaburzony ogromną chmurą smogu po polskiej stronie. Warunki śnieżne w zasięgu wzroku bardzo słabe, szczególnie jeżeli weźmie się pod uwagę datę – 14 marca – czyli w teorii czas, kiedy w Tatrach jest najwięcej śniegu.
20 minut na zdjęcia + bułkę i zjazd.
Relaks szczytowy
Relaks szczytowy

Śnieg w żlebie jest twardy, ale bez przesady, jest za to bardzo komfortowo, jeżeli chodzi o szerokość. Pierwsze prawdziwe skręty w tym sezonie z taką małą niepewnością, potem lepiej. Wydaje mi się, że przy dobrym śniegu i dobrym wjeżdżeniu, można tam polecieć piękną bombą.
Do cywilizacji pozostało trochę jazdy terenowo-kosówkowej, lekkie zbłądzenie (wypluło mnie za bardzo w lewo, ale jakoś przebiłem się przez las) i zjazd stokiem przygotowanym, który jest naprawdę – bułką z masłem – w porównaniu do jazdy terenowej.
Lekkie wypłaszczenie przed przełęczą
Lekkie wypłaszczenie przed przełęczą

Całość akcji górskiej to około 2.5 godziny, po których melduję się już przy parkingu, ze względu na to, że Junior jednak nie zaakceptował miejscówki wyższej, a koniecznie chciał jechać „tam gdzie byliśmy kiedyś”.
Oczywiście nie minęło mnie półgodzinne wcielenie się w rolę wyciągu orczykowego, ale na szczęście tym razem, w miarę bezboleśnie o 15 udało się zakończyć jakże udane szusowanie. Obiad w Sindlowcu i do domu w pochrapującym samochodzie.
Na dole też nie było odpoczynku
Na dole też nie było odpoczynku

Kondycja straszna (no ale jak się wychodzi w góry raz w sezonie to tak jest), tym razem szedłem na lekko, z małym plecakiem. Nie brałem raków, lawinówki (pieps od jesieni leży w naprawie), czekana, nawet kasku. W lekkim plecaku (Simond Alpinism 22 w miejsce starego Deutera Guide 35) zamiast tony polarów i goreteksów – lekki puch Yeti, nic nie ważąca wiatrówka z Decathlonu, 1.5 litra wody (które przyjąłem w ciągu tych 2 godzin), bułka i baton.

Z ciekawostek – przy miejscu „piknikowym” (czyli poza cywilizacją) złapałem jakieś WiFi – zastanawiam się teraz skąd – czy z pobliskiej stacji meteo (czujnik + kamera) czy ktoś miał w telefonie włączony tethering.

Standardowo – szybka galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *