Żleb Centralny na Salatynie
Żleb Centralny na Salatynie

Na niedzielę miało się otworzyć okno pogodowe, tzn miało przestać wiać, a przy okazji nie padać. Warunek śniegowy zapowiadał się za to bardzo niestabilnie, więc potrzeba było czegoś bezpiecznego, ale z drugiej strony nie chcieliśmy chodzić po lesie.
Z małymi talerzykami kijek wchodzi jak w masło
Z małymi talerzykami kijek wchodzi jak w masło

Nuta, Ilona i kierowca – cel – bliższa Zachodnia Słowacja. Taktyka – jeżeli Salatyn będzie zły, to Rakoń od Doliny Łatanej. Rano trochę jeżdżenia po Krakowie – bo przecież Nuta musiała czegoś zapomnieć, ale koniec końców pod wyciąg zajeżdżamy zgodnie z planem – przed 9:00. Pierwsza niespodzianka – Słowacy wybudowali na Rohaczach nowe krzesło, które startuje teraz przy parkingu i dojeżdża „ściankę” wyżej niż stare. Miło. Zapinamy się i dostojnym krokiem z prowadzącą Iloną idziemy w kosówki. Pokrywa wygląda średnio, taka lekka szreń, a pod nią dużo śniegu (miejscami wchodziły kije 1.30 m i końca nie było widać). W kosówach najpierw doganiamy jakichś Polaków, potem pod samymi kamieniami dochodzi do nas słowacka para.
Siedzą i knują
Siedzą i knują

Pierwsze podejście do żlebu robią Polacy. Kończą po 2 zakosach – dudni, słabo, wracamy. Potem Słowacy. Trzy zakosy więcej, postój 5 minutowy, ale również zjazd. Generalnie wszyscy normalni by już wrócili, ale my poszliśmy sprawdzić. Doszliśmy tam gdzie Słowacy, a nawet 2 zakosy wyżej. Dziewczyny zręcznie chwyciły za łopaty i wykroje o dziwo powiedziały, że może nie jest najlepiej, ale źle też nie jest.
Praca wre!
Praca wre!

A że zostało już raptem rzut beretem do skał wyznaczających połowę wysokości żlebu, więc wysłaliśmy Nutę przodem by w bezpiecznych odstępach kroczyć jej szerokim śladem. I tak oto dotarliśmy na grań. Tzn my z Iloną, bo Nuta chciała wejść na grań grani.
Nuta trzymała się grani mocno!
Nuta trzymała się grani mocno!

Skończyło się tak jak można było przewidzieć, tzn. odpięciem nart. Dalej podeszliśmy już na samych butach kawałeczek, by zdobyć szczyt! 🙂
Szczytowanie
Szczytowanie

Zjazd. Przy podejściu wydawało się, że będzie dobrze, tymczasem już pierwsze skręty pokazały, że narty przebijają się przez szreń w sposób zupełnie losowy, co więcej, jak już się przebiją, to nie chcą wracać na powierzchnię. Pierwsza pojechała Ilona, której patrząc po następnych jeźdźcach całkiem dobrze poszło. W sensie – zameldowała się przy kamieniach bez większej wywrotki. Za nią jechała Danka. Tu już była pełna improwizacja, tzn dziura w stoku co 2 zakręty, wywrotki wspomagane jeszcze wypinającą się nartą. No i ostatni pojechał miszcz. Pod pozorem bezpieczeństwa lawinowego zostawiłem sobie dużo miejsca, łudząc się w duchu, że będzie się dało pójść pełną bombą. Jakże się myliłem. Góra to bezpieczne zakosy przy trzymającym śniegu, na zupełnie sztywnych nogach. Wtedy pomyślałem, że prędkość może być lekarstwem! Otrzeźwienie przyszło dwa zakręty dalej, po koziołku do przodu i wypince jednej narty 🙂 Dawno nie było tak spektakularnej gleby. Jakoś tam się pozbierałem, w sumie już byłem w mniej nastromionym terenie, więc pomyślałem że teraz już będzie dobrze i.. znowu gleba.
Widok na wschód
Widok na wschód

+7 do pokory, przy kamieniach wytrzepaliśmy z Nutą śnieg spod kurtek i gaci i pojechaliśmy kosówkami grzecznie, na sztywno, bez przyjemności. Na otarcie łez pozostała trasa wyciągowa, tam pokazaliśmy klasę! 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *