O 6.00 pobudka, po odprawie wchodzimy w ścianę, Waldi mnie wylosował w swojej maszynie losującej, żebym prowadził. Ma być 7 wyciągów – Veliki Cuk, droga Centralny Kamin, 180 metrów, trudność 5a. Pierwszy wyciąg zawahanie, potem już lepiej. Janusz trochę popędza sakramentalnym „Mareeek, co robisz?!?”, ale idzie się świetnie.
Problemy zaczęły się przy piątym, czyli o ile dobrze pamiętam kluczowych trudnościach. Technicznie poszło nie najgorzej, ale pod sam koniec, zaczęło grzmieć, doszedłem do stanu i lunęło. Ja na górze, chłopaki na dole. Godzina pod parasolem na lejącej się ścianie, 130 metrów nad ziemią. Pięknie. Skończyło padać, trochę przeschło, idziemy dalej. Po kolejnym wyciągu znowu grzmi, Janusz mówi że poprowadzi, bo to ostatni wyciąg,a czas nagli. Kończymy, ale na górze wali deszczem, piorunami, wiatrem. Siedzimy w dupówie znowu godzinę, po czym schodzimy drogą dwójkową. Emocje fajne, przeżycie pewnie do końca życia. Jeżeli chodzi o skałę – zajebiste tarcie, aż takie, że wpieprza dłonie. I ostra skała, to kolejny powód masakry skóry na rękach i nogach. Po zejściu zasłużony browar na kampie i szybko do spania bo zmęczenie duże. Zdjęć nie ma, bo aparat leżał cały czas w plecaku 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *