Ostry Szczyt, w moim kajeciku jest od dawna na stronie „do zdobycia”. Jest o tyle ciekawy, że najłatwiejsza droga prowadząca nań, to grań za II, za to na ścianie południowej, są m.in. urokliwe – droga Motyki za IV i Haberlein za II/IV. Właśnie Motykę wybieramy jako naszą drogę wejściową (w zespole z Olą), Gołąbki idą na „drugą Motykę przez Jaskinię” tuż obok.

Pod Jaworowym - przystanek na prężenie bica ;)
Pod Jaworowym – przystanek na prężenie bica 😉

Wyjazd z Krakowa 3:30, Smokowiec o 5:30 i zaczynamy żmudne podejście. Pogoda na razie świetna, ale idziemy jakoś tak wolno. Przystanek na Hrebienoku, przystanek przed wejściem w skrót, przystanek po zejściu ze skrótu i jakoś tak schodzi – po 9 podchodzimy pod ścianę. O ile do tej pory pogoda była idealna, to w tym momencie zaczyna się chmurzyć i wiać. Znad Sławkowskiego przychodzą chmury, stąd podejmujemy decyzję o przeczekaniu (nie ma stanów, zjazdy są problematyczne). Z początku siedzimy i marzniemy w podmuchach zimnego wiatru, potem chowamy się za kamieniem. Przysypiamy – Nuta na pełne półtorej godziny, reszta na 2-3 kwadranse. Przed dwunastą słońce z powrotem zaczyna nieśmiało wychodzić, więc jednocześnie wchodzimy w obie Motyki. Taktyka jest taka, że zapieprzamy, bo ledwie 3 tygodnie wcześniej Gołąbki z Romkami przeżyły gehennę nocną (choć winna była raczej kontuzja kolana Romka) właśnie na Ostrym. Więc musi być szybko. Dawno się nie wspinałem, a nie wspinałem się na własnej to już wieki, więc z początku idzie mi kwadratowo, mimo że trudności prawie nie ma. Pierwszy wyciąg jakoś tam idzie, nawet znajduję stare haki, które oznajmiały pierwsze stanowisko.
Podejście pod ścianę - Sławkowski się chmurzy
Podejście pod ścianę – Sławkowski się chmurzy

Drugi wyciąg, wg Mariana, z małym fiku miku – faktycznie, jak na IV zadziwiająco dużo haków się nagle zrobiło i faktycznie trzeba było coś tam popracować na nogach. Ola krzyczy, że liny zostało nie za wiele, więc zakładam kolejne stanowisko w pierwszym możliwym miejscu (wyprzedzając nieco przebieg – kilka metrów za nisko). Ściągam Olę, trochę mało wygodnie, ale jedziemy dalej. Teraz łatwy trawiasty wyciąg prowadzący dwoma rysami (idzie się tak naprawdę po środku). Oszczędzam asekuracje i czas, 50 metrów robię na 3 przelotach. Niestety powraca silny, zimny wiatr, w dodatku znad Gerlach idą ciemne burzowe chmury, aż w końcu grzmi. Jakby tego było mało, dochodząc do miejsca, gdzie niby ma być stanowisko, dostaję sztywną linę (jak się okazuje, Ola krzyczała, ale nie słyszałem wiele). Jakimś cudem dociągam się haka, pamiętam (konsultując przez telefon z Romkiem), że miałabyć tu także zatarta na stałe kość. Ale jest tylko hak, w dodatku brak kontaktu głosowego z Olą, grzmoty, generalnie wstęp do Armageddonu. W końcu łapię telefonicznie kontakt z Olą i przekazuje jej, że jakoś będę próbował zejść/zjechać i się wycofujemy.
Podczas deszczu dzieci się nudzą
Podczas deszczu dzieci się nudzą

Przynajmniej tyle 🙂 Ze stałych punktów mam starego haka (choć wygląda na stabilny). Mam też dużo repa (którego znalazłem w stanie „nówka” w Paklenicy). Pętelka na haku, druga pętelka na haku który był 2 metry niżej i z przyrządem + repem wpiętym do liny zaczynam zejście. Z początku powoli, potem już szybciej. Dochodząc do Oli, widzę, że Gołąbki już zjechały i pakują się, czekając na nas pod ścianą. Drugi zjazd, z głazu, na którym powinienem był zrobić drugi stan, na szczęście do samej ziemi. Chwilę później dojeżdża Ola i z Marianem i Danką, tym razem w tempie ekspresowym, zbiegamy do samochodu.
Drzemka, ale pora wstawać
Drzemka, ale pora wstawać

Dwie sprawy:
– ważniejsza, czyli wycof: w sumie dużo błędów nie popełniłem, od biedy mogłem jeszcze jakąś kość zostawić na górze. Zejście mogło się odbyć bez przyrządu (na samym blockerze). Zejścia bez górnego punktu (czyli jakby prowadząc) nie chciałem próbować, ze względu na małą ilość przelotów.
– pierwszy raz od niepamiętnych czasów poszedłem na zupełnie lekko. Bez lustra, tony polarów, miliona bułek itd. I było w sumie dobrze. Spakowałem się do 22litrowego plecaka (szpej, puch, batony, 2 bułki, 1.5 l wody w camelbagu), jedna żyła na zewnątrz. Tylko jednak trochę szkoda zdjęć – podczas drogi i tak małego aparatu nie wyjmowałem bo miało być szybko, a zdjęcia z dojścia są marnej jakości.

Mam tylko nadzieję, że to nie koniec mojego tegorocznego sezonu w górach 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *