Photmotive > Fotografia > Granaty i Krzyżne bardzo spontanicznie

Granaty i Krzyżne bardzo spontanicznie

Nosiło mnie od jakiegoś czasu strasznie. Mapy, połykanie relacji na forach, oglądanie zdjęć z gór i tak w kółko. Sprawa była tym pilniejsza, że na szybko da się jechać tylko w Tatry Polskie, a w Tatry Polskie da się jechać nie w okresie wakacyjnym, bo tłumy straszne. Dodatkowo pogoda nie rozpieszczała, a i praca nie pozwalała nawet na 1 dniowe wyrwanie się.

Tatry Wysokie z grani Orlej Perci

Aż do środy. W środę padła decyzja, że jadę nazajutrz. Szybkie przygotowanie sprzętu, sprawdzenie pogody, rozkładu Szwagropolu (bo w pojedynke to się zupełnie nie kalkuluje jechać autem), wygląda na to, że ok. Do wyboru albo okolice Moka (Rysy), Piątki (Szpiglas i Wrota) czy Orla (Granaty i Krzyżne). Najpewniejsza śniegowo (a w zasadzie braku śniegu) jest ta osatnia trasa, więc kierunek Murowaniec. Raków i czekana nie chciałem brać (koszta, zbędne kg).

No to czwartek, od rana jestem nakręcony, przedpołudniem chciałem jeszcze porobić z autem i skoczyć do krótkiej roboty i mając w pamięci fakt ze ostatni bus do Kuźnic jedzie ok 19 – o 16 miałem zamiar wyjechać z Krakowa. Zamiary zamiarami, zrobiła się 18, dopiero zacząłem wychodzić z domu. Po drodze jeszcze powrót po zapomnianą czołówke i zmiana planu – Aśka w cifa i gonimy Szwagropol który wyjechał z dworca o 18.15. Szaleńcza jazda i na Matecznym zajechanie drogi i udało się drania złapać 🙂 Podróż nie należała do najwygodniejszych – o dziwo w czwartek o tej porze autobus do Zakopanego był prawie full załadowany. No nic, 2 godziny przetrzymałem próbując czytać pożyczone „Gestapo” Hassela. 20.15 dworzec w Zakopcu 🙂 jestem ja i jakies staruszki proponujące nocleg „bardzo tanio” 🙂 Bus do Kuźnic dopiero jutro, ale wyczytałem w rozkładzie ze o 20.45 ma jechać coś w kierunku Ronda. Nawet się załapałem 🙂 21.00 melduje się na Rondzie, w towarzystwie pierwszych kropel jak się później okaże 2 godzinnego mocnego deszczu. Założyłem ortalion na plecak, na głowę czołówkę (chyba bym wrócił jakbym jej nie miał) i w drogę. 21.15 Kuźnice. Trochę zmienione przez remont kolejki, a w zasadzie bardzo. Deszcz dokuczał mi strasznie, ale przez to chyba szedłem mocno szybko. Jeszcze przed Kuźnicami zaczęły się myśli po co ja tam idę, po co to robie, a może by tak wrócić :), ale udało mi się jakoś je odpędzić. Na szlak do Murowańca (przez Boczań) wszedłem już w zupełnych ciemnościach i zupełnie mokry 🙂 . W stukocie kijów o kamienie, kropel deszczu o kaptur i jednocześnie w rytm marsza granego przez kiszki – doszedłem w godzinę do schroniska. Znowu rekord – Kuźnice – Murowaniec – 1 godz 🙂 Na miejscu oczywiście światła już pogaszone, jakoś tam się zameldowałem (pokój sześcioosobowy z 4 osób), po ciemku rozebrałem z mokrych rzeczy, dopiłem gorącej herbaty, wgramoliłem na górne łóżko 🙂 sms do Aśki, że żyje ale jest ciężko 🙂 i sen 🙂 2 godziny z bardzo przyjemnym uczuciem po przebudzeniu, że jest sucho i ciepło 😀 Jak na moje spanie w schronisku w pierwszą noc to i tak był sukces, pozostałą część nocy jakoś tam przekimałem na jawie :). W nocy przestało padać, ale świt przywitało w Gąsienicowej jednak mocno zachmurzone niebo. W sumie to i tak nie miałem jakiejś wielkiej motywacji iść w górę, mając świadomość mokrych butów. O 7 zacząłem się wybudzać, 7.15 ciepły prysznic (kolejna po długich łóżkach przewaga Murowańca nad Piątką czy Betlejemką) i 7.40 zszedłem na śniadanie 🙂 Tutaj o dziwo spałaszowałem tylko jedną bułę (na kolacje zjadłem 4 kostki czekolady:) ) a chińską zupę knorra wylałem, bo jakoś nie miałem ochoty.

Kaczka na Czarnym Stawie GąsienicowymPrawie jak MS WindowsKościelecKozie Czuby

8.30 – jednak start w górę. Buty okazały się już ciutkę suchsze, mokre rzeczy spakowałem w jeden wór i z całym dobytkiem (śpiwór, żarcie, kubki itd) na szlak do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Szło się nieźle, pogoda zaczęła się klarować, pierwszy postój na głazach przy Stawie. Standardowe zdjęcia kaczek, Kościelca, Kozich Czub i dalej w drogę. Ominąłem żółty szlak idący w górę do skrajnego, na grań chciałem dostać się zielonym prowadzącym do Zadniego Granatu (w październiku zeszliśmy właśnie tamtędy, idąc od Zawratu). Po drodze ładne widoczki na strumienie spływające od Zmarzłego Stawu (w zasadzie to były małe wodospady), tempo dość dobre, minąłem parę osób.

Potok ze Zmarzłego do CzarnegoWarstwa firnu przy ZmarzłymZawratLudzie schodzący do Koziej Przełęczy

Schody dosłownie i w przenośni zaczęły się w momencie rozejścia szlaku do Koziej Dolinki (Kulczyński) i mojego – do Zadniego. Zadyszka, lekkie palenie kolan, coraz częstsze postoje – trochę mnie to zaskoczyło. Mordowałem się chyba z 1,5 h (czas przejścia wg znaków to 1h), korzystając już nawet z metody liczenia kroków (do 50, 60, 80 w zależności od nachylenia i postój), aż się wreszcie wytargałem na grań. Do tej pory oczywiście bez trudności technicznych, tylko i wyłącznie kondycyjne i siłowe. Z ciekawością natomiast patrzyłem za gościem który wszedł w Kulczyka, trochę musiał przetrawersować jeszcze po śniegu i w końcu mi zniknął w Źlebie. Ludzie szli też do Koziej Przełęczy (jacyś Słowacy) i parę osób na Zawrat – już wariantem letnim, po łańcuszkach.

Zawrat

No dobra, jestem na grani, trochę nawet odsapnąłem. Zaczynają się pierwsze trudności, są emocje, lekki cykorek, przeszkadza trochę wyładowany plecak. Mijam osławioną szczelinę 🙂 (przy dużym rozstawie nóg raczej nie sprawiła kłopotu, a i nie była jakoś specjalnie głęboka). Dalej Pośredni, na Skrajnym robie dłuższy odpoczynek z suszeniem mokrych wczorajszych betów, jedzeniem, piciem, zdjęciami na stronę D5S, Zachodnich i Zakopanego. Ludzi całkiem mało, jak do tej pory na grani spotkałem chyba 4 osoby, nie było problemu mijanek na odcinkach eksponowanych. Ruszam dalej, trochę denerwuje mnie to że droga jest w zasadzie w dół, nie czuje się jeszcze za pewnie na odcinkach mocno eksponowanych gdzie lepiej schodzić przodem do skały. Idąc do góry staram się unikać sztucznych ułatwień, jest parę miejsc gdzie da się spokojnie skrócić drogę idąc na żywca, a nie wisząc na biżuterii 🙂

Łańcuszki

Jest też kilka miejsc podobnych do Zamarłej Turni – gdzie idzie się w zasadzie ścianą w bok, po małym występie a w dół lufa 🙂 – generalnie zaczynam się czuć coraz lepiej 🙂 Im bliżej Krzyżnego – szlak zaczyna się robić coraz bardziej kruchy, co pogarsza lekko komfort, ale i tak jest fajnie 🙂 Jeżeli chodzi o trudności techniczne odcinka Granaty – Krzyżne to myślę, że jest porównywalny z Zawrat – Kozi Wierch. Podobna ekspozycja, podobne łańcuchy.

Przed Krzyżnem

W międzyczasie chmury całkiem zniknęły i większość drogi szedłem w pełnym słońcu, niby smarując się mocno Dermosanem, ale jak się później okazało nie uchroniło mnie to od spalonego karku i poparzonego prawego ucha.

Ok. 14.45 dochodzę do Krzyżnego, krajobraz się troszeczkę zmienił, więcej zielonego. Na przełęczy ok 5 osób, robie odpoczynek 15 min 🙂 15.00 w dół, w Dolinę Pańszczycy.

Krzyżne

Lekko zaczyna mnie czas gonić bo nie wiem o której odjeżdża ostatni bus z Kuźnic, dodatkowo zaczynam mocno odczuwać trudy wędrówki. Nie wspominam dobrze tego odcinka. Wg mapy 2 godziny do Murowańca, najpierw kamienne schody w dół, mimo kijów nogi zaczynają odczuwać mocne obciążenie. Droga przez mękę, dodatkowo nie znałem tego terenu, miałem świadomość że muszę się spieszyć. 16.50 jest Murowaniec. Duża ulga, odpoczywam długo na ławeczce przed schroniskiem, dużo ludzi, w większości jednak turyści 'klapkowicze’. Po 17 zbieram się w dół – postanawiając jednak nie pędzić bo nogi już bolą porządnie 🙂 18.15 Kuźnice, tym razem mam fuksa, bus na mnie czeka, 18,28 wjeżdżamy na dworzec, znowu fuks – 18.30 Szwagropol (tym razem bardziej pusty niż pełny) do Krakowa. 20.30 – melduje się na królewskiej w domciu 🙂

Kilka słów podsumowania i uwag:

  • zdziwiło mnie troche zapotrzebowanie organizmu na żarcie – przed wycieczką zjadłem 2 cheesburgery na macu, w czasie – 1,5 bułki, trochę chińskiej zupki i pół tabliczki czekolady. Co najśmieszniejsze nie byłem jakoś specjalnie głodny, dopiero w domu zacząłem jeść wszystko co się nadawało do tego. Jeżeli chodzi o wodę to tutaj było bez zdziwienia – przez wycieczkę wypiłem 2×1,5 litra mineralnej i 2 termosy 0,5 herbaty.
  • ładujcie swoje komórki przed wycieczkami 🙂 ja zapomniałem, komórka padła ok. 12.00 w południe w piątek i nie czułem specjalnego komfortu z tej okazji
  • opłaca się jeździć poza weekendami, poza wakacjami w Tatry – mało osób
  • niniejszym dopełniłem Orlą, więc teraz pewnie przyjdzie nocować bardziej w Moku i Piątce (ehh ta zimna woda)
  • po raz kolejny – krem na opalanie i smarowanie całego odsłoniętego ciała a nie tylko twarzy 🙂
  • jak pada – warto założyć stuptuty – ja nie założyłem i wodę w butach miałem najprawdopodobniej przez to że skarpetki mocno nasiąkły
  • czołówka to podstawa – bez światła cała wycieczka by się poszła rypać bo bym został na noc w Zakopanem
  • z ludźmi z którymi do tej pory chodziłem po górach chyba tylko Arkadion by podołał fizycznie (kondycyjnie) i psychicznie (deszcz, wiatr, ciemno), tak mi się przynajmniej wydaje.
  • generalnie trasa do przejścia na spokojnie. Na moją niekorzyść działały pełny plecak, wariacki poprzedni dzień, konieczność zejścia do Kuźnic na określoną godzinę 🙂 tyle tłumaczeń, ale już po, byłem naprawdę wycieńczony 🙂

2 myśli na “Granaty i Krzyżne bardzo spontanicznie”

  1. no hej, pamiętasz koleżankę ze studiów? 😉 za trzy miesiące – panią doktor? ściski i pozdrowienia z AGH.

  2. no pewnie że pamiętam 😀 czekam aż Cię zrobią dziekanem, drugą Kaśkę rektorem i wtedy się może obronie 😀

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *