W nocy lało, więc od samego rana we wtorek pakowanie i o 10:00 wyjazd z coraz bardziej tłocznego Kaiserbrunn. Nie spieszy się nam, więc jeszcze oglądamy Adlitzgraben. Tzn. wszyscy oglądają, a ja korzystam z internetu, bo pojawił się zasięg! 😉

Samojebka gdzieś na Słowenii
Samojebka gdzieś na Słowenii

Ze względu na nieograniczony czas, jedziemy w kierunku Rijeki. Na Słowenii, zaraz po zjeździe z autostrady pizzujemy w okolicach Rakietnika, w restauracji przy aeroklubie (chyba można polecić – AvioPub). Dalej nawigacja prowadzi nas bocznymi drogami w kierunku granicy – naprawdę warto zjechać z głównej drogi, by zobaczyć trochę kraju, który tutaj przybiera już charakter południowy. Droga kręta, z licznymi zakrętami, mimo ospałości diesla zaczynam odczuwać przyjemność z jazdy, a to dopiero początek. Przed granicą rozpoczyna się znowu autostrada, którą, w towarzystwie widoków na morze, wjeżdżamy do Rijeki. Miasto wygląda, że lata świetności ma za sobą – naszą uwagę szczególnie zwracały wysokie, odrapane bloki – ni to mieszkalne, ni to hotelowe. Chwilę dalej droga zwęża się i prowadzi nas już stricte wybrzeżem (trzeba uważać, bo w kilku miejscach nawigacja podpowiada, żeby uciekać w głąb lądu, na autostradę). Zaczyna padać. Bardzo to nie przeszkadza, wręcz pomaga, bo ruch jest znikomy i mogę znowu sobie trochę pofolgować. Nawet Gąbka się wreszcie budzi i we trójkę podziwiamy przemykający krajobraz – z lewej ubogie w roślinność, skalisto-kamienne zbocza, z prawej – usłany wysepkami Adriatyk, na horyzoncie spektakl, którego głównymi aktorami są burza i słońce.

Kawałek drogi prowadzącej wybrzeżem
Kawałek drogi prowadzącej wybrzeżem – naprawdę godna polecenia.

Do Starigradu dojeżdżamy w pełnej ulewie, chwilę szukamy zarezerwowanego lokum i około 20:00 meldujemy się. Komfort domku kosztującego 50 euro dziennie/6 łóżek jest po austriackiej ziemi niczym hotel 5-gwiazdkowy. Dach nad głową, ciepły prysznic, 4-palnikowa kuchenka, mikrofala, prąd, czy – chyba najważniejsze – łóżko jest jak manna z nieba 🙂 Chwilę później zajeżdża Romusiowy autobus i w komplecie sączymy Karlovacko na tarasie…

Środa – Domżalski – The ultimate experience

Spało się wspaniale, przez co z rana chwytamy się każdej kropli spodziewanego deszczu, żeby przedłużyć lenistwo. Na (nie)szczęście wszystko wokoło przesycha w jednym momencie, cel dla naszego trójkowego zespołu na dzisiaj – Domżalski za 6a. Cześka z Wierzbą atakują sportowo, Romuś z Nitką planują Karabore (droga koło naszej). Przy wejściu w paklenicki wąwóz odżywają stare wspomnienia z kursu – zarówno te dobre – czyli piękne wspinanie, ale również te gorsze, czyli lot na Celjskim Stupie czy rozorane przez ostry wapień dłonie.
Pod ścianą czekają nas dwie, raczej z tych złych wiadomości. Karabore płynie, co uniemożliwia wspinanie, a na naszego Domżalskiego wbija się właśnie jeden zespół, plus drugi stoi w kolejce. Romusie rezygnują, ale Marcin z dobrego serca, tłumaczy owemu drugiemu zespołowi (dwie miłe Rosjanki), że do zjazdów jest tam potrzebna lina połówkowa (a one mają pojedynczą 50). Dzięki temu awansujemy w kolejce, czekamy 10 minut i wbijamy. Rozpoczynam pierwszy wyciąg za 4b, który na pierwszy rzut oka wcale tak prosto (przynajmniej sam start) nie wyglądał, ale w praniu wychodzi, że nie jest trudno. Drugi, kluczowy, za 6a, chodzą słuchy, że nawet Cesarzowa miała tu kiedyś problemy (chociaż ja w to nie wierzę!). Jest koncentracja, to jest dobrze. Z początku do góry, po dobrych chwytach i stopniach, im dalej tym bardziej w prawo i zaczynają się – oblaczki, krawądeczki, odciążki, dwójeczki i takie tam 🙂 Łyda ze dwa razy zadrgała, ale miałem pewność i żadnej sytuacji podbramkowej. Mimo nie najwyższej cyfry, ten wyciąg dał mi chyba największą satysfakcję podczas całego wyjazdu. Na stanie, po ściągnięciu Gąbki i Mariana, prowadzenie przejmuje ten drugi i prowadzi trzeci wyciąg za 5b. Potem jeszcze ostatni wyciąg za 6a, na którym, o dziwo, idąca na wędkę Gąbka, błądzi i ma problemy, ale wszystko dobrze się kończy. Oprócz tego, że na górze, z Marianem witają nas dobiegające znad zatoki, oraz z głębi wąwozu grzmoty – jesteśmy otoczeni! Mimo wszystko, siadamy na górze, tym bardziej, że drogą naszego zjazdu ktoś się wspina. Dla Gąbki – fistaszki, my z Marianem opalamy się w ostatnich promieniach słońca.

Samojebka po Domżalskim
Samojebka po Domżalskim – w tle nadciągający Mordor

Zespół z drogi zjazdowej, okazuje się znajomymi Polakami na czele z Groszkiem od Uysego, więc szybko i sprawnie ustalamy strategię ewakuacji. Najpierw dzieci i kobiety. Pierwszy jedzie Marian, Asia, Gąbka, Groszek, Krzysiek i na końcu ja, również dlatego, by ukryć nieporadność związaną z pierwszym od roku zjazdem 😀 Kropiący deszcz towarzyszy nam do domku, gdzie w oparach skrablowego hazardu i nowo powstających słów typu „Sznuru” (pozdrowienia dla Cześki) degustujemy kolejne Karlovacki. Około drugiej w nocy podjeżdża znajoma foka z Cesarzową, Jelonem i Dr Zyrklem na pokładzie!

Czwartek czyli drogi sportowe

W nocy znowu padało, co wpłynęło na porannego spręża. O 10:00 wjeżdżamy na wąwozowy parking, na ten dzień w planach są drogi sportowe. Rozpoczynamy od sektora przy szlaku turystycznym. Kilka 5c, 6a, nawet zdarzyło się jedno długie i ładne 6b. Potwierdza nam się odczucie, że do chorwackich wycen trzeba dodać co najmniej pół stopnia, a z reguły cały, żeby wyszło na nasze 🙂

Gąbka w sektorze sportowym
Gąbka w sektorze sportowym

Krótka, gwałtowna zlewa na chwilę przerywa nasze popisy, po przerwie przeprawiamy się przez strumyk i idziemy na bardziej odludny sektor Olimp. Tam wśród mieszaniny potu, łez i deszczu padają bardzo ładne i długie 6a+, 6a, wędka na 6b.
Popołudniu, jako, że do tej pory żarliśmy jedzenie zabrane z Krakowa, szarpiemy się na kosztującą fortunę rybę u Dinka, mocno zakrapianą 🙂 W domku wobec zwiększonego stanu osobowego, hazard idzie w dwóch kierunkach. Dziewczęta i Marian próbują pokonać Jelona w pełne Golasów, Kowbojów, Pijaków i takich tam – Fasolki. Sekcja męska, wzmocniona Dr Zyrklem, usiłuje zakończyć hegemonię Cześki i Gąbki w scrabble. Niestety wzmocnienie okazuje się czysto iluzoryczne, ponieważ Bartek przy prawie trzy godzinnej rozgrywce wymyśla trzy słowa: „bulu” (wtf?), „weź” i „na”.

Piątek czyli Karamara Sweet Temptations

Mimo komunikacyjnego zamieszania z Romusiami, na dwa zespoły idziemy na Veiliki Cuk – Karamara Sweet Temptations za 6a+. Na szczęście tym razem wyszliśmy wcześniej, przez co udaje się nam jeszcze wbić w drogę (tutaj miały się później odbyć żeńskie zawody w speedclimbingu, przez co mieliśmy powieszone ekspresy 🙂 pp pełną gębą). W pierwszym zespole idzie Gąbka z Marianem, za nimi ja z Dr Zyrklem. Mokry początek za 6a sygnalizuje trudności, na których stęka Danka, a ja i Marian spadamy. Mnie trzyma w dodatku coś niewidzialnego, tak, że pierwsze 10 metrów robię na samych rękach i tylko kątem oka dostrzegam sceptyczne kręcenie głową asekurującego Zyrkla. Dalej jest już lepiej (pewnie łatwiej), gonimy Gołąbki. Po drugim wyciągu za 4c zmieniamy prowadzenie.

Karamara Sweet Temptations - drugie stanowisko
Karamara Sweet Temptations – drugie stanowisko – zdjęcie by Nitka

Trzeci wyciąg, który miał być za 6a+ rozczarowuje, w odczuciu wszystkich jest łatwiejszy niż początek i dotychczasowe 6a, które robiliśmy. Ostatni wyciąg za 5a, samojebka przy łańcuchu, zjazd i 90 min po wejściu w drogę, o 9:30 jesteśmy na dole. Co tu robić z tak pięknie rozpoczętym dniem? Śniadanie i rozpoczęliśmy dojście do 6b, które samo w sobie było przygodą. Mnie się włączył leń, ale Gąbka z Marianem i Bartkiem wstawiali się bardzo dobrze! Zaraz po południu zgarniamy Cześkę (która właśnie zdobyła samodzielne wielowyciągowe górskie szlify!), dziewczynom (Cesarzowej i Jelonowi, które zrobiły Domżalskiego) zostawiamy Zyrkla i Wierzbę i jedziemy na czilaut nad zatokę 🙂

Zatokowy Czilaut
Zatokowy Czilaut

Oczywiście, żeby nie było za dobrze, zaraz po otwarciu pierwszych browarków, zaczyna się maksymalna zlewa, a do domu ponad kilometr 🙂 Nic to, było nam wszystko jedno i nawet nie skorzystaliśmy z propozycji podwiezienia, którą wystosował gruby lokals w mercedesie beczce, łapczywie spoglądając na Mariana 😀
Wieczorem odwiedziliśmy jeszcze Waldiego na kampie, a Cześka przełamuje swoje kolejne bariery, ulega presji tłumu i tak jak wszyscy – wylewnie żegna się ze Sztabowym 😀
To ostatni wspinaczkowym dzień, deszczowe prognozy powodują, że w następny dzień wracamy do Polski!

Sobota czyli Wielki Powrót

Oddajemy butelki z Karlovacko, przez co uzyskujemy środki na chorwackie autostrady i w 11 godzin pokonujemy 1100 km. Droga przebiegła raczej bez przygód, wart zaznaczenia jest może tylko fakt, że Gąbka prawie nie spała, Chorwację, Słowenię i Austrię mocno padało, a w Austrii zatrzymaliśmy się w jakiejś restauracji, która miała w nazwie GrillWurstCośtam, a wcale kiełbasy nie było! Skandal!

Z kaucji mieliśmy na autostrady!
Z kaucji mieliśmy na autostrady!

Już niedługo podsumowanie, kończące cykl Majówki.

One thought on “Zagraniczna majówka sekcyjna 2014 cz.3 – Paklenica”

  1. "idąca na wędkę Gąbka, błądzi i ma problemy", fajnie się bawicie. Już się nie dziwię skąd tyle humoru w Twoich relacjach Marku! 🙂

    "otwierdza nam się odczucie, że do chorwackich wycen trzeba dodać co najmniej pół stopnia, a z reguły cały, żeby wyszło na nasze :)" Z tym też się zgadzam w zupełności. Mimo, że tarcie dobre, to niektóre 6a trzyma solidne trudności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *