Od ostatniej wycieczki – na Pośrednią Grań – minęło trochę ponad 2 tygodnie, powoli wracam do pełnej sprawności, więc pora napisać parę słów o „wypadku”.
Zacznijmy od miejsca – sama góra, widoki i droga na nią jest przepiękna. Łomnica, Lodowy są na wyciągnięcie ręki, dalej można podziwiać Durnego, Jaworowy, jeszcze dalej Gerlach, widać nawet Wysoką i Mięgusze. Kwintesencja Tatr Wysokich. Droga też jest świetna – technicznie łatwa – miejscami jedynkowe, jak się dobrze wybierze to nawet dwójkowe trudności. Podejście przez Ławkę Dubkego przy ładnej pogodzie orientacyjnie łatwe, zejście Żlebem Stila też nie trudne.

Nasza trasa, z zaznaczonym miejscem wypadku
Nasza trasa, z zaznaczonym miejscem wypadku

Jest jeden problem. Mamy tam cały przekrój kruszyzny. Od małych kamyczków, niestabilnych wyjeżdżających przy najmniejszym ruchu, podobnych bardziej do ruchomych piasków, poprzez wielkie kamienie na rumowiskach, również ruchome, chybotliwe, zdradliwe, aż do kruchej, ale wyglądającej na litą skały, gdzie przy nacisku czy chwycie w najlepszym wypadku kawałek zostaje w ręce. I ja właśnie trafiłem na takie ostatnie zjawisko. W terenie zupełnie łatwym, niemniej jednak stromym i wymagającym użycia rąk, stojąc niepewnie na nogach, chwyciłem za taki ruchomy chwyt i bez sprawdzenia go obciążyłem. Jakież było moje zdziwienie jak ów – w wielkości 14 calowego telewizora, odlepił się od ściany i poleciał z łoskotem w dół, a zaraz za nim ja. Poleciałem w tył, na plecy, by w dalszym ciągu zrobić przewrót w tył i zatrzymać się leżąc twarzą do skały, bardziej na lewym boku. Pierwsza myśl, to była czy mam plecy cały, stąd dość szybko starałem się wstać – udało się, jednak ból w plecach i w lewej nodze, oraz krew z poranionych rąk nie wróżyła tego, że wszystko jest w porządku. Po krótkim odpoczynku jeszcze chyba dzięki buzującej adrenalinie, powoli zacząłem schodzić, pokonując Żleb Stila, w jednym miejscu nawet zjeżdżając na linie, by potem dojść do szlaku turystycznego, nim do kolejki na Hrebienoku i dalej wrócić samochodem ze Smokovca do Krakowa.

Kontuzje

Uszkodzone plecy jak na obrazku...
Uszkodzone plecy jak na obrazku...

Zadrapania – plecy, tyłek, ręce i dłonie, na lewej nodze na łydce dość głęboka rana.
Stłuczenia – mięśnie grzbietu (co skutecznie uniemożliwiło mi normalne funkcjonowanie przez około 2 tygodnie), lewe udo, lewe ramię. Stłuczenie pleców było na tyle dokuczliwe, że przez pierwszy tydzień miałem duże problemy z najprostszymi czynnościami, typu wstanie z łóżka, przewrócenie się z pleców na bok i odwrotnie, siad i wstanie z fotela itd. Oczywiście o żadnym schylaniu się nie było mowy.
Chirurg u którego byłem dzień później, nawet mnie nie wysłał na prześwietlenie, dał tylko zastrzyk przeciw tężcowi i tygodniowe L4 🙂
Zadrapania leczyłem maścią z witaminą A – Alantanem Plus. Stłuczenia (tam gdzie się dało, tzn gdzie nie było zadrapań) – żelem Aescin i maścią Arcalenem

Co pomogło?

Kask Petzl Meteor III, zapewne do wymiany, ale następny też będzie taki.
Kask Petzl Meteor III, zapewne do wymiany, ale następny też będzie taki.

Oprócz dużego szczęścia?
1. Chyba to, że nie poleciałem dalej (a była taka szansa), tylko zatrzymałem się w zasadzie od razu, na pierwszym występie skalnym.
2. Pierwsze uderzenie przyjąłem na plecy, na których miałem plecak z kurtką, softshellem, wodą i szpejem. Dodatkowo powyżej tyłka miałem bardzo szeroki pas z uprzęży. To chyba uchroniło plecy (kręgosłup) przed poważniejszą kontuzją.
3. Oczywiście kask. Jak widać na zdjęciu, głową też przyrżnąłem dość mocno, ale sama głowa cała i w sumie to nawet o tym nie wiedziałem, dopóki w domu nie oglądnąłem owego kasku.

Dlaczego nie byliśmy związani? – teren był łatwy, jakbyśmy szli na lotnej bez przelotów to bym pociągnął za sobą Łukasza. Z przelotami – po pierwsze tych przelotów nie było gdzie tam wsadzać, po drugie jeżeli w każdym takim terenie staralibyśmy się robić przeloty szlibyśmy nie 2 godziny a 2 dni. Tutaj uważam, że błędu nie było.

Padło też pytanie czemu nie wezwałem HZS – owszem myślałem nad tym, mam OEAV, także kosztowo nie było żadnych przeciwwskazań, ale skoro dałem radę iść, w dodatku w każdej chwili mogłem skorzystać z pomocy Łukasza, który wybierał drogę tak żeby mi jak najłatwiej było iść, jeszcze mając świadomość ze mamy sznurek w plecaku i w ostateczności możemy zjeżdżać (co też raz uczyniliśmy) – postanowiłem nie dzwonić.

Dlaczego w takim razie doszło do wypadku? Odpowiedź jest prosta – moja nieuwaga, wykorzystanie niesprawdzonego chwytu. Oczywiście chciałbym się doszukać jakichś okoliczności łagodzących typu kruchy/łatwy teren, splot niekorzystnych okoliczności itd. Najważniejsze, że jestem w miarę cały, jest nauka na przyszłość, za tydzień mam nadzieję jechać już znowu w góry, a może jutro w skały 🙂

2 thoughts on “Studium wypadku górskiego”

  1. Obrażenia wyglądają na dosyć poważne. Dobrze jednak że jesteś cały.
    A takie wypadki? Cóż, zdarzają się najlepszym którzy często mają znacznie mniej szczęścia…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *