Tym razem nie było dobrych prognoz, w dodatku lawinowa trójka, ale był plan 🙂 Chłopaki w piątek zaczynali kurs u Waldka Niemca, a szkoda byłoby nie wykorzystać sytuacji, żeby nie zrobić czegoś w okolicy Murowańca. Wyjazd w środę wieczorem, w Zakopanem da się już odczuć atmosferę weekendowych skoków. Przez Boczań Łukasz z Mańkiem dzwigają po 20 browarów 😀 ja tylko butelczyne wiśniówki, więc szybko odskakuje. Jest zimno (poniżej -10) ale przepięknie bezchmurnie, poza tym ze 30 cm warstwa świeżego śniegu. Między Kopami strzelam pierwsze zdjęcia, potem Karczmisko i samo zejście do Gąsienicowej. Na Hali ratraki przygotowują stok, a ja siedzę i kontempluje 😀

Hala Gąsienicowa i pracujące na stoku ratraki
Hala Gąsienicowa i pracujące na stoku ratraki

W międzyczasie widzę jak gaśnie światło najpierw w Betlejemce, potem w Murowańcu. W końcu zimno wygania mnie do schroniska (chłopaki cały czas idą, ale są już niedaleko).

W Murowańcu mały szok – 22.20 a tu już niby nie da się zameldować – Szymon Recepcjonista ostatnią łaską daje mi łóżko – tłumacząc że to nie hotel w Zakopanem – on pracuje od 8.00 do 22.00. No pięknie 😀 a ja myślałem że to schronisko turystyczne 😀 Chłopaki dochodzą wreszcie, otwieramy browary i do 1.00 robimy graniówkę drugiego piętra.

Rano w czwartek mała załamka. Jest ciepło, w okolicy zero, mgła chmury. Pierwotnie miała być Świnica, ale decydujemy się jednak na okolice Kościelca, z atakiem na szczyt przy sprzyjających warunkach. Przy wyjściu dołącza do nas Paweł, który jest świeżo po lawinowym u Waldka. Karb atakujemy od Zielonych Stawów. Naszym śladem idzie jeszcze dwójka turystów. Na Karbie ubieramy raki, kaski i wyciągamy czekany. Ślad prowadzi Paweł, w bezpiecznych odstępach dalej idę ja, Maniek i zamykający wycieczkę Łukasz. Śnieg jest mocno przewiany – podłoże całkiem różne od śniegu po pachy, poprzez fajny betonik, do półcentymetrowej warstwy lodu na skale której nie trzyma się absolutnie nic. Zanotowałem 3 trudniejsze miejsca – pierwsze to zaraz nad przełęczą – 2-3 metrowa płyta (baaardzo szeroka) skuta płytką warstwą lodu – raki ani dziabka sie tego nie chwytały, ale jakoś to obeszliśmy. Dwa następne to półki przed samym szczytem gdzie trzeba było zaufać czekanowi i zamajtać nogami nad sporą lufą 😀 Szczęśliwie wszystko poszło ok 🙂 Pamiątkowe zdjęcia na szczycie – oczywiście widoków żadnych nie było bo mgła straszna.

Na szczycie Kościelca
Na szczycie Kościelca

Zejście okazało się ciutkę trudniejsze niż wejście i około 13 meldujemy się z powrotem na Karbie. Herbatka, czekoladka, Maniek od niechcenia – fajnie by było jakby się rozchmurzyło. I wtedy nagle Świnica się wynurzyła z chmur, za chwilę słońce i niebieskie niebo. Bajka. Chmury jeszcze zalegały przy Czarnym Stawie, gdzieś tam szybko przemknęło Widmo Brockenu. Kontemplujemy, jest świetnie. Powolutku, co parę kroków cykając zdjęcia idziemy granią w kierunku Małego Kościelca. Coraz lepsze widoki najpierw na Żółtą Turnie, Wierch pod Fajki, Granaty, w końcu na całą Orlą.
Orla Perć
Orla Perć

Niecałą godzinkę siedzimy na Małym Kościelcu, około 16.00 zimno przegania nas w dół. W schronie obiadek, browarek, wiśnióweczka, ciąg dalszy graniówki na schodach. Gdzieś tam próbował się wtrącić Szymon Recepcjonista, ale został od razu zgaszony werbalnie przez Mańka 😀

Plan na następny dzień to szybka Świnica – krzesełkiem na Kasprowy i dalej granią przez Beskid (wariant najbezpieczniejszy lawinowo). Niestety pogoda nie rozpieszcza, rano +4 stopnie, mgła większa niż w poprzedni dzień, w dodatku wieje. Postanawiam zejść do Zakopanego i wracać do Krakowa – dodatkowo wydzwaniają do mnie w związku z rozbitym wojskowym samolotem. Zbiegam do Kuźnic przez Boczań, busem do ronda, tam ruch samochodowy wstrzymany przez skoki (ledwo co udaje mi się dostać do własnego auta 😀 ) i powolutku do Krakowa. W międzyczasie chłopaki dzwonią, że wyszło piękne słońce i zrobili właśnie taternicki szczyt Świnicy. Cholera 🙂 zastanawiam się jakby to było jakbym został 🙂 No nic, Świnka zimą nie ucieknie, a przy okazji kolejny powód do powrotu w góry 🙂

Zdjęcia – w nocy strzelałem na czasach 5-30 sekund – niestety plecak nie służy najlepiej jako statyw więc większość wyszła krzywych 🙂 Efekt osiągnąłem, chociaż wydaje mi się ze jakbym miał pilota ze spustem i ten czas można by było zrobić jeszcze dłuższy było by trochę lepiej. W dzień – do południa nie było nic widać, potem całkiem nieźle, wszystko strzelałem na 17-50 dokładając czasami polara.

Kondycja – nie było źle – Boczań do góry mogłem przejść bez odpoczynku (zatrzymałem się bo były super widoki przy pełni) – na drugi dzień trasa też nie była wymagająca – Kościelec od stawów, w dodatku szedłem jako drugi.

Z nowych nabytków – spodnie Milo Lukka Pro – świetne, bez zarzutów, dupozjazdy, torowanie czy tarzanie się w śniegu im nie zaszkodziło. Koszulka oddychająca z długim rękawem Quechua z Decathlonu – też ok, tym bardziej że używałem jej dodatkowo jako ręcznika (bo tego zapomniałem 😀 )

➡ Kościelec zimą – zdjęcia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *