Kościelec w zimie
Tym razem nie było dobrych prognoz, w dodatku lawinowa trójka, ale był plan
Chłopaki w piątek zaczynali kurs u Waldka Niemca, a szkoda byłoby nie wykorzystać sytuacji, żeby nie zrobić czegoś w okolicy Murowańca. Wyjazd w środę wieczorem, w Zakopanem da się już odczuć atmosferę weekendowych skoków. Przez Boczań Łukasz z Mańkiem dzwigają po 20 browarów
ja tylko butelczyne wiśniówki, więc szybko odskakuje. Jest zimno (poniżej -10) ale przepięknie bezchmurnie, poza tym ze 30 cm warstwa świeżego śniegu. Między Kopami strzelam pierwsze zdjęcia, potem Karczmisko i samo zejście do Gąsienicowej. Na Hali ratraki przygotowują stok, a ja siedzę i kontempluje ![]()
W międzyczasie widzę jak gaśnie światło najpierw w Betlejemce, potem w Murowańcu. W końcu zimno wygania mnie do schroniska (chłopaki cały czas idą, ale są już niedaleko).
W Murowańcu mały szok – 22.20 a tu już niby nie da się zameldować – Szymon Recepcjonista ostatnią łaską daje mi łóżko – tłumacząc że to nie hotel w Zakopanem – on pracuje od 8.00 do 22.00. No pięknie
a ja myślałem że to schronisko turystyczne
Chłopaki dochodzą wreszcie, otwieramy browary i do 1.00 robimy graniówkę drugiego piętra.
Rano w czwartek mała załamka. Jest ciepło, w okolicy zero, mgła chmury. Pierwotnie miała być Świnica, ale decydujemy się jednak na okolice Kościelca, z atakiem na szczyt przy sprzyjających warunkach. Przy wyjściu dołącza do nas Paweł, który jest świeżo po lawinowym u Waldka. Karb atakujemy od Zielonych Stawów. Naszym śladem idzie jeszcze dwójka turystów. Na Karbie ubieramy raki, kaski i wyciągamy czekany. Ślad prowadzi Paweł, w bezpiecznych odstępach dalej idę ja, Maniek i zamykający wycieczkę Łukasz. Śnieg jest mocno przewiany – podłoże całkiem różne od śniegu po pachy, poprzez fajny betonik, do półcentymetrowej warstwy lodu na skale której nie trzyma się absolutnie nic. Zanotowałem 3 trudniejsze miejsca – pierwsze to zaraz nad przełęczą – 2-3 metrowa płyta (baaardzo szeroka) skuta płytką warstwą lodu – raki ani dziabka sie tego nie chwytały, ale jakoś to obeszliśmy. Dwa następne to półki przed samym szczytem gdzie trzeba było zaufać czekanowi i zamajtać nogami nad sporą lufą
Szczęśliwie wszystko poszło ok
Pamiątkowe zdjęcia na szczycie – oczywiście widoków żadnych nie było bo mgła straszna.

Na szczycie Kościelca
Zejście okazało się ciutkę trudniejsze niż wejście i około 13 meldujemy się z powrotem na Karbie. Herbatka, czekoladka, Maniek od niechcenia – fajnie by było jakby się rozchmurzyło. I wtedy nagle Świnica się wynurzyła z chmur, za chwilę słońce i niebieskie niebo. Bajka. Chmury jeszcze zalegały przy Czarnym Stawie, gdzieś tam szybko przemknęło Widmo Brockenu. Kontemplujemy, jest świetnie. Powolutku, co parę kroków cykając zdjęcia idziemy granią w kierunku Małego Kościelca. Coraz lepsze widoki najpierw na Żółtą Turnie, Wierch pod Fajki, Granaty, w końcu na całą Orlą.

Orla Perć
Niecałą godzinkę siedzimy na Małym Kościelcu, około 16.00 zimno przegania nas w dół. W schronie obiadek, browarek, wiśnióweczka, ciąg dalszy graniówki na schodach. Gdzieś tam próbował się wtrącić Szymon Recepcjonista, ale został od razu zgaszony werbalnie przez Mańka
Plan na następny dzień to szybka Świnica – krzesełkiem na Kasprowy i dalej granią przez Beskid (wariant najbezpieczniejszy lawinowo). Niestety pogoda nie rozpieszcza, rano +4 stopnie, mgła większa niż w poprzedni dzień, w dodatku wieje. Postanawiam zejść do Zakopanego i wracać do Krakowa – dodatkowo wydzwaniają do mnie w związku z rozbitym wojskowym samolotem. Zbiegam do Kuźnic przez Boczań, busem do ronda, tam ruch samochodowy wstrzymany przez skoki (ledwo co udaje mi się dostać do własnego auta
) i powolutku do Krakowa. W międzyczasie chłopaki dzwonią, że wyszło piękne słońce i zrobili właśnie taternicki szczyt Świnicy. Cholera
zastanawiam się jakby to było jakbym został
No nic, Świnka zimą nie ucieknie, a przy okazji kolejny powód do powrotu w góry ![]()
Zdjęcia – w nocy strzelałem na czasach 5-30 sekund – niestety plecak nie służy najlepiej jako statyw więc większość wyszła krzywych
Efekt osiągnąłem, chociaż wydaje mi się ze jakbym miał pilota ze spustem i ten czas można by było zrobić jeszcze dłuższy było by trochę lepiej. W dzień – do południa nie było nic widać, potem całkiem nieźle, wszystko strzelałem na 17-50 dokładając czasami polara.
Kondycja – nie było źle – Boczań do góry mogłem przejść bez odpoczynku (zatrzymałem się bo były super widoki przy pełni) – na drugi dzień trasa też nie była wymagająca – Kościelec od stawów, w dodatku szedłem jako drugi.
Z nowych nabytków – spodnie Milo Lukka Pro – świetne, bez zarzutów, dupozjazdy, torowanie czy tarzanie się w śniegu im nie zaszkodziło. Koszulka oddychająca z długim rękawem Quechua z Decathlonu – też ok, tym bardziej że używałem jej dodatkowo jako ręcznika (bo tego zapomniałem
)

