Dolina Chochołowska
Wbrew prognozom pogody i lawinowej czwórce pojechaliśmy do Chochołowskiej. Coprawda na początku wolałem pojechać w Wysokie (najlepiej słowackie) i doturlać się gdzieś do schronu, ale chłopaki mieli ciśnienie, żeby coś zdobyć
Dodatkowo Łukasz wziął mającą problem z kolanem Ewelinę. Na początku, w dobrych humorach i o dziwo w niezłej pogodnie, długie i monotonne dojście do schroniska.

Wieje halny, jest trochę za ciepło. W schronisku śniadanie i ruszamy żółtym szlakiem na Grzesia. Przedeptane, ale w pewnym momencie pod jednym ze żlebów opadających z Bobrowca ścieżka urywa się. Niedawno musiała zejść lawina, i o ile lawinisko nie jest bardzo duże, to pełne jest połamanych drzew i gałęzi. W momencie kiedy szlak zakręca w kierunku Grzesia – rozdzielamy się. Łukasz z Eweliną szlakiem, a wielkostopi czyli Maniek (w rakietach) i ja (na nartach) szybko skracamy w kierunku Bobrowieckiej Przełęczy.

Tu zaczyna wiać już trochę mocniej. Podchodzimy trochę do góry, przychodzą chmury i wiatr wzmaga się do bardzo nieprzyjemnego. Decyzja o wycofie. Zjazd w mokrym, ciężkim śniegu (ale dużo lepszy niż 2 tygodnie temu z Koziego) i znowu schronisko, godzinę odpoczywam oglądając Disney Channel
i po następnej godzinie już na parkingu ![]()
Idzie podobno kilka dni ładnej pogody, więc może uda się coś przywalczyć, nawet w tygodniu ![]()








