Pierwsze oznaki zimy pokazały się w tym sezonie dość wcześnie. W górach sypnęło, zmroziło, a nas zaskoczyło o tyle, że dla Szymka mamy tylko buty i kask, a na obu autach opony letnie. Ale nic to, w niedzielę trzeba jechać. Aśka bierze zjazdówki, ja tylko formalnie tury i jedziemy w kierunku Chyżnego i dalej – na Rohacze!

Rohacze
Rohacze

Dziewiątka oczywiście na letnich, przed wyjazdem sobie obiecałem, że jak droga zrobi się biała, to zawracamy. No i co? I oczywiście zrobiła się biała, po przejechaniu ponad 120 kilometrów, na 5 kilometrów przed parkingiem. To już trzeba było dojechać. Ostrożnie jakoś doszusowaliśmy jednym ciągiem do samego miejsca parkingowego, było zagrożenie, że jak się gdzieś zatrzymamy, to już nie ruszymy 🙂
Lans ze sprzętem przy parkingu
Lans ze sprzętem przy parkingu – to też trzeba robić!

Jak wspomniałem w tytule – dla Szymka debiut. Stąd kolejne obawy – wiadomo, narty na nogach to nie jest szczyt wygody, wręcz wrażenie kajdan i ograniczenia swobody. Po szybkim pożyczeniu za 8euro na cały dzień, wpinamy – 70cm dechy na 100cm Szymka. Początek, to wszystkie emocje na Szymkowej twarzy. Od zaskoczenia, strachu, momentami przerażenia, aż po radość i euforię. Oczywiście do pełnoprawnej jazdy jeszcze bardzo daleko, nie nauczył się skręcać, ani hamować, wręcz brakuje jeszcze sił, żeby podchodzić bokiem, ale już w miarę pewnie stoi na nartach i na krechę w dół leci.
Były też i upadki
Były też i upadki

Całe przedpołudnie tyrałem jako wół pociągowy na najniższym stoku – w końcu udało się Szymka przekonać do wzięcia kijka między nogi i wywożeniu go jak na wyciągu talerzykowym – wtedy było łatwiej. Około 13 Aśka (do tej pory jeżdżąca cały czas na górze) zjechała i łaskawie mnie zmieniła, dzięki czemu 2 razy udało mi się wyjechać krzesełkiem. O 14 (a byliśmy od 9:30 na stoku) mieliśmy wszyscy serdecznie dość. Wszyscy, tzn ja i Aśka, bo Szymek zareagował płaczem na informację, że trzeba oddać narty i jechać na obiad.
Moje prośby i modlitwy o chwilę odpoczynku
Moje prośby i modlitwy o chwilę odpoczynku

Niestety okazało się, że wszystko dookoła jeszcze pozamykane i pierwsze otwarte żarcie to dopiero Josu w Zubercu. Tam jeszcze ostatnia próba Szymka (już zrobiło się ciemno, po obiedzie): „Tato, mam pomysł, a może teraz pojedziemy na narty?”, po czym jak zasnął w foteliku to go pod domem nie mogliśmy dobudzić.
Było fajnie!
Wyciąg był ok
Wyciąg był ok

Jazda
Jazda

Jazda
Jazda

Rohacze
Rohacze

Radość
Radość

Jazda
Jazda

Rohacze
Rohacze

Rohacze
Rohacze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *