Bo nie było Urszulki :) czyli Trzy Kopy zdobyte
Tym razem wyjazd zupełnie spontaniczny. W sobotę przedpołudniem rzucenie info znajomym (nikt nie dał rady, ale sumienie czyste
) sprawdzenie pogody na icm’ie no i jedziemy. Pobudka przed 6.00, trasa dość szybko minęła (puściutko, choć droga w wielu miejscach remontowana). Jeszcze tylko wykupienie ubezpieczenia górskiego w TatraWest’cie i o 9.00 wychodzimy z parkingu na nudną asfaltówkę do Tatliakovej Chaty. Pogoda jak na razie sprawdza się w 100% – 10 stopni, słońce i trochę nieszkodliwych chmurek. W dobrym czasie dochodzimy do Tatliakovej, krótki popas i dalej w górę, dobrze znanym szlakiem prowadzącym na Smutną Przełęcz.
Aśka trochę pojęczała, ale w sumie też szybko dochodzimy do pierwszego celu. Tam kolejne śniadanie, ubieramy wiatrówki, wiatr jest południowy, czasami porywisty. Przydają się też rękawiczki, coraz częściej musimy pomagać sobie ‘ręcami’
W zasadzie bez emocji robimy te nasze nieszczęsne Trzy Kopy, łańcuchów jest dużo, momentami bardziej przeszkadzają (przy suchej skale raczej pomagają tylko w jednym miejscu – przy trawersie, poziomy łańcuch, duża lufa). Jak się okazuje, rok wcześniej byliśmy 30 metrów od 3 wierzchołka i stamtąd zaliczyliśmy wycof. Dalej Hruby (po polsku to chyba Gruby
) – idziemy w rytmie, wybierając trudniejszą drogę granią (ok. 3-4 metry niżej biegnie prawie cały czas ścieżka). Na Grubym trochę zdjęć, również w tył, na klasyczne Rohacze plus Wołowiec, w oddali malują się ośnieżone szczyty Wysokich. U nas śniegu nie ma, w zacienionych miejscach są malutkie płaty. Aśka mówi, że teraz to już luz
ale jakże się myli. Idziemy dalej granią, potem jest taka łagodniutka przełęcz i znowu zaczynają się skały na Banikova. Tutaj były największe emocje wycieczki, a imho jedne z większych emocji ‘skalno-turystyczne’ w naszej karierze – chyba większe niż na Orlej czy na Ruchaczach
Szliśmy granią, tylko ta, troszkę się wyostrzyła, zawęziła, jakby większa lufa się zrobiła, a w miejscach trudnych – Słowakom jakby żelazo na łańcuchy się skończyło
Ze dwa razy wylądowaliśmy brzuchem na skale, wisząc na rękach, pod nogami prawie pusto
Oczywiście parenaście metrów niżej szła wygodna ścieżka
No nic, fajnie było w zaplanowanym czasie doszliśmy na Banikova, potem na Banikovską przełęcz. Posiłek i szybkim krokiem męczące zejście do Rohackiej doliny i na parking. Z drogą powrotną już nam się tak nie poszczęściło, godzina powrotów ludzi, remonty na zakopiance i wszystkich drogach alternatywnych, wypadek na obwodnicy Wieliczki, jechaliśmy dłużej o godzinę ![]()
Mam nadzieję, że to nie będzie ostatnia ‘letnia’ wycieczka w tym roku, czekają jeszcze Rysy i okolice Moka. W każdym razie na mikołaja mam od Aśki obiecane raki i czekan ![]()
Zdjęcia – jakoś bardzo nie jestem zadowolony – wszystko pstrykałem 18-50, z reguły z założonym polarem Hoya. Wydaje mi się, że jednak troszkę faktycznie jest nieostry przy szerokim końcu, czasami przelatywał tam pełen zakres focusa i nie mógł ustawić ostrości. Drugi szkopuł – dekiel tamronowy nie trzyma się na przykręconym filtrze, miałem do wyboru albo wkładać aparat bez dekla do torby, albo za każdym razem odkręcać polar – strasznie irytujące. Niemniej jednak zrobiłem ok 150 zdjęć w pięknych jesienno rudych Tatrach ![]()


























oj faaaaaaaaaaajne zdjęcia !! polarek widzę robi swoje